filmpolski.pl: Film fabularny 1945-

PLEBANIA

Strona 1 z 146 Następna strona »
PLEBANIA - galeria
Fot. Besta Film
Galeria zdjęć (62)

Akcja "Plebanii" rozgrywa się w małym miasteczku na wschodzie Polski. Autorzy chcieli aby w przeciwieństwie do zdecydowanej większości rodzimych produkcji goszczących na naszych ekranach, akcja opowieści rozgrywała się na dalekiej prowincji. Tytułową plebanię zamieszkują ksiądz proboszcz i jego liczna, wielopokoleniowa "rodzina": gospodyni Józefina, jej córka Halina i zięć Zbigniew i ich córka Ewa. Los sprawia, że plebania staje się także przystanią dla młodego, zbuntowanego wikarego Adama i siostry proboszcza - Krystyny. Obserwujemy ich codzienne zmagania z rzeczywistością, ich zwycięstwa i klęski, chwile radości i smutku, goryczy i szczęścia.
Plebania to miejsce, gdzie splatają się losy prawie wszystkich bohaterów serialu; miejsce do którego ludzie przychodzą, aby zwierzyć się ze swoich problemów i wątpliwości, otrzymać dary, zostawić ból, postawić pytania, których nie zada się nigdzie indziej, czerpać nadzieję. Z jednej strony toczy się tu normalne życie, ale przy kuchennym stole zdarzają się rozmowy o kondycji moralnej człowieka Na plebanii koncentruje się większość miejscowych zdarzeń, problemów i konfliktów. Prędzej czy później każde wydarzenie, pozornie nawet nie związane z plebanią, wpływa na życie jej mieszkańców ...

Charakterystyka postaci:
KSIĄDZ PROBOSZCZ ANTONI WÓJTOWICZ (55 lat):
Urodził się wiosną 1944 roku w Przemyślu. Ojciec - Benedykt w czasie wojny był członkiem AK. Jego zgrupowanie działało w okręgu wołyńskim. W końcu 1944 roku wraz z towarzyszami zdał broń oddziałom radzieckim. Ślad po nim zaginął. Matka - Janina Wójtowiczowa w obawie przed represjami przeniosła się na kilka miesięcy do swojej koleżanki z sąsiedniej ulicy. Urodziła Antoniego i po miesiącu uciekła wraz z synem do Włostowej koło Opatowa . Znalazła schronienie u brata męża, Bernarda - miejscowego proboszcza.. Janina wciąż czekała na męża, próbowała odnaleźć go przez PCK. Niestety, bezskutecznie. W 1953 roku Antek poszedł do pierwszej klasy. W tym samym roku bezpieka aresztowała za działalność opozycyjną księdza Bernarda. Janina przeniosła się do Opatowa, gdzie mieszkała jej dalsza, równie uboga, rodzina. Udało się jej jednak umieścić Antka w szkole z internatem w Kielcach. Janina często wspominała swojego zaginionego męża i jego brata. Antek żył w cieniu dwóch wspaniałych mężczyzn. Ojca nie znał, więc większe wrażenie robił na nim dramat stryja, który siedział w więzieniu we Wronkach. Miał nadzieję, że jeszcze go kiedyś zobaczy. Wierzył w to głęboko, chociażby dlatego, że zamieniono mu celę śmierci na dożywocie. Matka wpajała mu głęboki szacunek do człowieka, który ich uratował. Antoni, pozbawiony bezpośredniej kurateli, nie przykładał się do nauki, aż w końcu zupełnie przestał się uczyć. Nie pomagały perswazje, ani prośby matki. Tuż przed maturą został wyrzucony ze szkoły. Dzięki protekcji biskupa kieleckiego matka umieściła go w Małym Seminarium Duchownym. W ten sposób uchroniła go też przed wojskiem. W 1963 roku, kiedy już wszyscy stracili nadzieję, wrócił ojciec. Okazało się, że wywieziono go do Kazachstanu i uwięziono w obozie pracy. W połowie 1962 roku wypuszczono go. Podróż do domu i poszukiwanie rodziny trwało kilka miesięcy. W 1964 roku małżonkom Wójtowiczom urodziła się córka Krystyna. W trzy miesiące później Benedykt Wójtowicz umarł. Nie wytrzymał normalnego życia - był zbyt wycieńczony wieloletnią pracą ponad siły, niedożywiony i schorowany. Tuż przed urodzeniem siostry Antoni skończył Małe Seminarium. Nie mając lepszego pomysłu na życie, zdecydował się na dalszą naukę w Wyższym Seminarium Duchownym. Dopiero tam, na drugim roku studiów, odkrył w sobie głębokie powołanie W 1967 roku przyjął święcenia kapłańskie. Przez kolejnych 11 lat piastował posadę wikariusza w wiejskich kościołach: Św. Jakuba w Grochowcach, Miłosierdzia Pańskiego w Skołoszowie, Chrystusa Króla w Sanoku, Św. Marcina w Przysietnicy. W 1973 roku los zetknął go z wypuszczonym po odwilży 1956 roku z więzienia stryjem, który zaproponował mu posadę wikariusza w jego parafii w Tulczynie. Po roku stryj zapadł na ciężką chorobę. Antoni za zgodą biskupa przejął jego obowiązki, a stryj przeszedł na emeryturę i został na plebanii rezydentem. Antoni bez chwili wahania zaakceptował obecność na plebanii Józefiny z dziećmi. Szanował decyzję księdza Bernarda, który przed laty przygarnął samotną kobietę, podobnie jak kiedyś rodzinę brata. Tę sytuację odbierał bardzo osobiście. Tak więc Józefina nadal była gospodynią. Kiedy nastał ksiądz Antoni, jej najstarsza 18 letnia córka uczyła się w Hrubieszowie. Była w szkole z internatem. Na plebanii mieszkało dwoje dzieci - piętnastoletnia Barbara i dziewięcioletni Krzysztof. Kiedy umarł stryj, ksiądz Antoni zatrzymał Józefinę z dziećmi na plebanii. Jako dobry i śmiały organizator zyskał wśród społeczności Tulczyna uznanie. Szybko dźwignął zapuszczone przez schorowanego stryja probostwo i skutecznie, mimo wielu przeszkód ze strony ówczesnych władz, prowadził sprawy parafii. Jego największym osiągnięciem było wybudowanie kościoła dojazdowego w sąsiedniej wsi - Brzezinach. Od czasu przejęcia probostwa przez Antoniego, przewinęło się przez nie jedenastu wikariuszy. Adam jest dwunastym, za to zupełnie niepodobnym do poprzednich. Ksiądz Antoni Wójtowicz cieszy się wśród większości parafian dużym autorytetem. Mieszkańcy Tulczyna przychodzą do niego po rady, a także po prostu porozmawiać. Jako zwolennik pracy organicznej zmusza ludzi do wszelakiej aktywności - zachęca do poprawiania standardu życia - mobilizuje ludzi do budowy wodociągu i gazociągu. Każdą pracę konsekwentnie kończy i właśnie tej odpowiedzialności za siebie i własne czyny uczy parafian. Uważa, że nic samo się nie robi. Jest przedsiębiorczy, prowadzi rozległą działalność gospodarczą. Duże gospodarstwo implikuje różną aktywność. Nie jest to łatwe w tych czasach, z tymi ludźmi i na tej ziemi. Częścią jego pracy jest dbanie o materialny stan parafii, prowadzenie ksiąg kościelnych, do czego przykłada szczególną uwagę. Ma zaszczyt dokonywać wpisów do ksiąg założonych przez jego poprzedników jeszcze w początkach XIX wieku. Jest tolerancyjny i otwarty na wiarę innych. Rozumie i przygarnia wszystkich potrzebujących cierpliwie czekając, aż sami zapukają do drzwi jego kościoła. Jeśli tego nie robią, nie zmienia do nich stosunku. Zna się na wielu rzeczach, ale także dlatego, że musi. Jest w nim także pewien rys przebiegłości, którą wykorzystuje w realizowaniu swoich zbożnych celów. Jest cierpliwy, potrafi czekać, wierzy, że Boże młyny mielą powoli.
KSIĄDZ ADAM POTOCZNY (29 lat): Urodził się w 1970 roku w Warszawie. Jego ojciec był dyrektorem dużego przedsiębiorstwa państwowego i dość wysoko postawiony członkiem PZPR. Matka pracowała w Centrali Handlu Zagranicznego. Adam wbrew woli rodziców zapisał się w wieku 12 lat do czarnego harcerstwa. Próbował też działać w grupie opozycyjnej związanej blisko z Kościołem, ale bardziej przyciągał go ruch oazowy. Tam mógł zająć się tym, co sprawiało mu największą satysfakcję - pomagał biednym i zagubionym ludziom. Nie układało mu się jednak w domu. Rodzice nie chcieli, aby szkodził ich karierze i rezygnował ze swojej. Kiedy Adam był w maturalnej klasie przeżył poważny zawód miłosny. W 1989 roku wbrew rodzinie wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego. Studiował teologię i filozofię. Był bardzo zdolnym i wnikliwym studentem, szybko stał się ulubieńcem pedagogów. Wróżono mu dalszą karierę naukową i proponowano studia doktoranckie w Watykanie. Adam nie był zainteresowany dalszą nauką, chciał działać wśród ludzi. Miał poza tym trudny charakter. Swoją porywczością zraził wielu kolegów i wychowawców. Zawsze upierał się przy swoim. Tak więc dość szybko zrezygnowano z przygotowywania Adama do dalszej kariery naukowej. Na jego miejsce znaleziono kogoś innego. Było to Adamowi na rękę, bowiem rozpoczął pracę z trudną młodzieżą. Oddawał się jej z coraz większym poświęceniem. W 1995 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W tym samym czasie zaprzyjaźnił się ze znanym społecznikiem, warszawskim księdzem Krzysztofem Ukleją, który użył swych wpływów i ściągnął Adama do swojej praskiej parafii. Tam młody wikariusz rozpoczął pracę, która była sensem jego życia. Zajął się działalnością duszpasterską wśród tzw. trudnej młodzieży. Sukcesy zdarzały mu się bardzo rzadko, za to klęsk wychowawczych było dużo. Pewnego razu jego kilku podopiecznych uciekło z poprawczaka i dokonało włamania. Adam swoimi ścieżkami dotarł do nich i wraz z łupami zabrał do swojego mieszkania. Kiedy udało mu się wreszcie przekonać chłopaków, by wrócili do poprawczaka, wpadła policja. Ksiądz starał się przekonać funkcjonariuszy, że sprawa została już załatwiona, ci jednak nie chcieli nawet z nim rozmawiać. Adam stracił cierpliwość i wdał się w utarczkę z policjantami. W konsekwencji oskarżono go o paserstwo. Mimo, iż jego "współudział" został szybko przez kościelnych hierarchów wyjaśniony, Adam stał się w specyficznej praskiej parafii persona non grata. Został zesłany na wschód kraju do małej prowincjonalnej parafii. Adam Potoczny ma 29 lat. Jest przystojnym, wysokim mężczyzną. Nosi się młodzieżowo. Chodzi na ogół w dżinsach. Sutannę zakłada tylko wtedy, kiedy musi. Mało w nim księżowskiej pokory. Jest zapalczywy, szybko podejmuje decyzje. Lubi ryzyko.
JÓZEFINA LASEK (66 lat): Była żoną milicjanta - komendanta tulczyńskiego posterunku MO, który w 1965 roku zginął w tajemniczych okolicznościach. Została sama z trójką dzieci. Jej ciężka sytuacja pogorszyła się, kiedy powołano nowego komendanta. Był wyjątkowo antypatyczny i wszystkich włącznie z Józefiną traktował z góry. Pałał nieuzasadnioną nienawiścią do Laskowej, podsycaną w dodatku ciągłymi, czynionymi mimochodem przez pracowników porównaniami z dawnym komendantem. Mąż Józefiny cieszył się bowiem sławą dobrego, poczciwego i przede wszystkim sprawiedliwego człowieka. Nowy komendant już wkrótce spowodował, że pod pretekstem zatrudnienia nowego funkcjonariusza, kobietę wraz z dziećmi przeniesiono ze służbowego mieszkania do zapuszczonej rudery. Nadchodząca zima dawała im się coraz bardziej we znaki, a dzieci zaczęły chorować. Wtedy do rodziny Lasków swoją pomocną dłoń wyciągnął proboszcz Bernard Wójtowicz. Mieli jedynie przeczekać na jego plebanii zimę, ale kiedy nadeszła wiosna, okazało się, że rudera nie przetrzymała mrozów. Józefina nie miała dokąd wracać. Ponieważ była uczynną kobietą, a jej dzieci spokojne, proboszcz postanowił zatrzymać ich wszystkich na plebanii. Józefina z wdzięcznością przyjęła propozycję księdza, wiedziała, że bez jego pomocy zginęłaby. Została gospodynią proboszcza i od początku bardzo poważnie traktowała powierzone jej zadanie. Pracowała od świtu do nocy, dla księdza Bernarda i dla swoich dzieci. Plebania stała się ich domem. Kiedy pojawił się w niej ksiądz Antoni, bez chwili wahania zaakceptował obecność "rodziny" starego proboszcza. Józefina Lasek ma 66 lat. Niewysoka, szczupła, przygarbiona. Twarz porysowana zmarszczkami. Jest pracowita i ofiarna. Irytują ją najbardziej dwie rzeczy: przejawy niedbalstwa i jej postępująca starość. Zna swoje miejsce. Skwapliwie opiekuje się księdzem, kiedy trzeba chroni go przed otoczeniem. Jest lojalna. Dobroduszna, wiecznie żywo zaciekawiona światem. Ma wielką umiejętność obracania wszystkiego w żart. Często śmieje się z siebie i innych, ale robi to życzliwie. Lubi dzieci, które często przychodzą na plebanię. One z sympatią nazywają ją - "Babadzina".
HALINA SROKA z d. LASKÓWNA (44 lata) i ZBIGNIEW SROKA (42 lata): Nikt z rodziny nie był zadowolony z małżeństwa Haliny. Zbigniew bowiem miał we wsi niezbyt dobrą opinię. Ledwo ukończył zawodówkę. Był czas, kiedy miejscowe panny podkochiwały się w przystojnym chłopaku, który słynął ze swojego szerokiego uśmiechu i równie szerokiego gestu. Halina była jedną z jego ofiar. Ale kiedy zaszła w ciążę, Zbigniew potrafił się znaleźć i ożenił się z córką gospodyni proboszcza. W miesiąc po ślubie Halina poroniła. W tym czasie Zbigniew stracił pracę. Zatrudniony był jako niewykwalifikowany robotnik w miejscowych zakładach meblarskich. Udało mu się w początkach pracy załatwić służbowe mieszkanie, do którego wprowadziła się Halina. W 1994 roku miejscowy bogacz, Jan Tracz wykupił zakłady i mieszkania. Część z nich zmodernizował, by lepiej służyły nowym robotnikom, których zatrudnił. Resztę sprzedał. Zbigniew nie miał szczęścia - został bez pracy i mieszkania. W tej sytuacji ksiądz nie widząc lepszego rozwiązania przygarnął małżeństwo na plebanię; Zbigniewowi zaproponował posadę kościelnego. Było to rozwiązanie korzystne dla obydwu stron - mąż Haliny miał pracę, a ksiądz był wolny od zarzutu, że na plebanii zajmują miejsce "darmozjady". Halina pracowała w Gminnym Zespole Administracji Szkół. Po reformie administracyjnej zespół zlikwidowano wraz z etatami. Od tego czasu kobieta jest bezrobotna. Pomaga matce na plebanii. Jej małżeństwo ze Zbigniewem nie należy do szczególnie udanych, nie mogą już mieć dziecka. W dodatku mężczyzna często się upija. Halina uważa, że jej mąż jest nic nie warty i że życie jej nie wyszło. Popada w nerwicę. Halina ma 44 lata. Wygląda na dużo starszą. Widać ślady byłej urody. Jest pracowita i honorowa jak matka. Ma dobre serce, choć skrywa je zazwyczaj pod maską surowości, bywa zrzędliwa, często płacze. Lubi oglądać w telewizji romantyczne seriale dla kobiet. Zbigniew ma 42 lata. Jest jeszcze w miarę przystojny, ale na twarzy i przede wszystkim oczach alkohol wycisnął swoje piętno. W sumie człowiek łagodny, ale o słabym charakterze.
BARBARA WOJCIECHOWSKA z d. LASKÓWNA (41 lat) i PIOTR WOJCIECHOWSKI (41 lat): Obydwoje pracują w Tulczynie. Są dumą Józefiny. Ona lekarka, on komendant posterunku policji. Oboje są szanowani i lubiani. Piotr urodził się w Hrubieszowie w skromnej rodzinie. Ojciec był stolarzem, a mama wychowawczynią w miejskim przedszkolu. Zaraz po maturze poszedł do milicji. W 1981 roku wstąpił do "Solidarności". Po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany. Dla Piotra nie był to stracony czas. W więzieniu poznał wielu ciekawych ludzi, z którymi prowadził ciągnące się godzinami rozmowy o polityce, historii i literaturze. Chłonął zasłyszaną wiedzę, dużo czytał. Po zwolnieniu, dzięki pomocy internowanego profesora, rozpoczął studia na wydziale historii KUL. W Lublinie podczas potańcówki w "Chatce Żaka" poznał Barbarę, studentkę Akademii Medycznej. Pobrali się i razem już wrócili do rodzinnej wsi Barbary. W 1989 roku zaczął uczyć historii w miejscowej podstawówce. Był nauczycielem dwa lata, ale praca ta nie dawała mu wielkiej satysfakcji. Kiedy MO przekształcono w policją - znalazł się w jej szeregach. Ze względu na rodzinę nie zgodził się na dodatkowe studia w Szczytnie. Został komendantem gminnego posterunku. Mimo iż ma bardzo duży szacunek dla prawa, to jednak nie jest sztywnym służbistą. Ma zrozumienie dla ludzi i ich słabostek, czasem udaje nawet, że czegoś nie widzi. Ma swoją metodę - uważa, że lepiej z kimś pogadać, obśmiać go, nawet pouczyć, niż stosować ostre restrykcje. We wsi nie ma większych problemów. Prawdziwym gangsterem w odczuciu Piotra i wielu mieszkańców Tulczyna jest Jan Tracz, ale nigdy nikt nie złapał go na gorącym uczynku. Piotr nie ufa rodzinie Traczów i na wszelki wypadek ma na oku restaurację " Angelika" i jej właściciela - młodego Tracza. Wielu ludzi we wsi traktuje Piotra jak swojego. Często przychodzą do niego, by po prostu pogadać. Kobiety opowiadają o swoich mężach i dzieciach, mężczyźni o kłopotach w pracy. Piotr jest wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Trudno o nim powiedzieć, że jest przystojny. Ma jednak bardzo dobrą miłą twarz, na której często pojawia się szczery uśmiech. Jest pogodnym człowiekiem. Dobroduszny, ale potrafi być surowy i konsekwentny. Czasami bywa pryncypialny. Ponieważ jest inteligentny, niełatwo nabić go w butelkę. Jest troskliwym mężem i ojcem. Można na niego liczyć. Barbara od dziecka marzyła o zawodzie lekarki. Kiedy pierwszy raz była z matką w ośrodku zdrowia u doktora Blumentala patrzyła z zaciekawieniem na jego biały fartuch i tajemnicze, poustawiane w białych przeszklonych szafkach narzędzia. Po wyjściu z gabinetu oświadczyła zdecydowanym głosem - "ja też będę lekarką". Józefina także w to wierzyła. Basia była bowiem poważniejsza i bardziej odpowiedzialna od swojego rodzeństwa. Wszystkie swoje zadania wykonywała starannie i konsekwentnie. Często przynosiła na plebanię liście, zioła i owady. O każdej roślinie umiała powiedzieć, do czego służy i jak się z niej korzysta. Ksiądz Antoni namówił Basię do robienia zielników, a pani od biologii nauczyła, jak preparować owady. Te zbiory Barbara trzyma do dziś. Coraz częściej zagląda do nich jej córka Karolina. Barbara lubiła chodzić do szkoły, ale zdecydowanie wolała przesiadywać godzinami w ośrodku zdrowia i patrzeć, jak doktor Blumental zajmuje się pacjentami. Niekiedy miała zaszczyt "asystować" przy nieskomplikowanych zabiegach. We wsi wszyscy powoli zaczęli mówić, że rośnie im nowa "doktorka". W IV klasie liceum Barbara dostała się do okręgowego etapu Olimpiady Biologicznej, ale niestety to osiągnięcie nie uprawniało jej do pójścia na studia bez egzaminów. Przeżyła to bardzo, ale nie załamała się. Ze zdwojoną siłą uczyła się biologii, chemii i fizyki. Egzaminy na medycynę w Lublinie musiała zdać i to bardzo dobrze. Konkurencja była tak duża, ze Józefina powątpiewała po cichu w szanse córki. Martwiła się, że nie stać jej na dodatkowe lekcje. Basia sprawiła wszystkim radość - nie tylko że dostała się na studia , ale w dodatku była w czołówce przyjętych. Józefinę rozpierała duma. Ksiądz Antoni zarządził z tej okazji wielkie przyjęcie dla bliskich i przyjaciół. Wakacje tuż przed pójściem na I rok studiów Barbara wykorzystała na pomoc matce i księdzu Antoniemu, z którym jeździła do biednych. Często też zaglądała do ośrodka zdrowia. Lipcowy dzień, w którym doktor Blumental powiedział do niej "koleżanko" zalicza do jednego z najszczęśliwszych dni swojego życia. Matka i siostra w miarę swoich możliwości próbowały wyprawić ją na studia. Szyły wieczorami ubrania dla Basi - bo przecież tam w mieście nie mogła różnić się od innych. Przed wyjazdem do Lublina ksiądz Antoni zaprosił ją do swojej kancelarii. Zapytał z troską - "wrócisz do nas, czy zostaniesz w mieście". Basia odpowiedziała bez zastanowienia - wrócę. Po chwili dodała "Jeśli znajdzie się tu dla mnie miejsce". "Tu jest twój dom" - skończył rozmowę ksiądz Antoni. W Lublinie często z koleżankami chodziła na dyskoteki do "Chatki Żaka". Tam poznała Piotra. Był pierwszym mężczyzną, na którego naprawdę zwróciła uwagę. Poważny, budzący zaufanie, nieśmiało uśmiechnięty znacznie różnił się od niefrasobliwych kolegów Barbary. Szybko stali się parą. Pobrali się w 1983 roku. Ślub cywilny wzięli w Lublinie, kościelny celebrował w Tulczynie ksiądz Antoni. Piotr był oczarowany okolicą i serdecznością rodziny żony i ku radości Basi zgodził się związać na zawsze z Tulczynem. Problem mieszkania rozwiązał się sam. Doktor Blumental akurat potrzebował wsparcia, więc przyjął Barbarę do ośrodka z otwartymi rękami. Należało się jej służbowe mieszkanie. Są w nim do dziś, ale już w większym gronie - z dwojgiem dzieci - urodzonym w 1983 roku Mateuszem i 12 letnią Karoliną. Barbara jest drobną, niewysoką, delikatną kobietą. Sama się dziwi, że ma tak dużo sił, by do pacjentów pokonywać kilometry i potem jeszcze godzinami siedzieć w ośrodku i przyjmować chorych. Jest oddaną i wnikliwą lekarką. Bardzo wrażliwa, wszystko przyjmuje serio. Niedościgłym wzorem lekarza jest dla niej doktor Blumental.
MATEUSZ WOJCIECHOWSKI (17 lat): Urodził się w Lublinie, na początku 1984 roku. Jego rodzice studiowali, wychowywał się więc trochę w akademiku wśród rozhukanych studentów, a trochę u Józefiny na plebanii. Kochany przez babkę, lubiany przez proboszcza, był dzieckiem niekonfliktowym, choć żywym. Od najmłodszych lat wykazywał dużą wrażliwość muzyczną. Józefina sądzi, że to ona zaszczepiła w chłopcu talent. Śpiewała mu piękne ludowe piosenki, smętne dumki, których nauczyła się w dzieciństwie i żartobliwe, nie zawsze cenzuralne przyśpiewki. Mateusz jest średnim uczniem, nauce poświęca się tyle, ile trzeba. Czas wypełnia słuchaniem płyt z muzyką rockową, heavy-metalową, punkową oraz techno i próbami w założonym wraz z kolegami zespole "Trans". Jego rodzice przymykają na to oczy czując, że lepsze głośne granie, niż wystawanie pod sklepem, jak to czyni przeważająca część męskiej tulczyńskiej młodzieży. Mateusz marzy o organach Yamahy. Niestety rodziców nie stać na taki wydatek. Z pomocą przychodzi ksiądz Antoni, który pozwala Mateuszowi ćwiczyć palce na kościelnych organach . Po czasie proponuje chłopcu, by grał podczas mszy. Mateusz więc zaczyna odkrywać tajniki klasycznej muzyki. Do wściekłości doprowadzają go fałszujące w czasie mszy dziewczyny ze scholi. Nie daje sobie rady z Bachem, jest przecież samoukiem, ale postanawia i ten problem rozgryźć. Marzy mu się także, że jego zespół będzie koncertował, a słuchające ich dziewczyny będą piszczały ze szczęścia. Mateusz ubiera się nonszalancko i bardzo modnie. To wzbudza irytację jego ojca, który uważa, że prawdziwy mężczyzna nie przykłada tak wielkiej wagi do strojów. Mateusz kocha Karolinę, ale ma pretensję do niej o to, że znosi do domu jakieś obrzydlistwa. On jako człowiek o naturze artystycznej brzydzi się żab, patyczaków i myszy.
KAROLINA WOJCIECHOWSKA (12 lat): Urodziła się w marcu 1987 roku w Tulczynie. Poród odbierał doktor Blumental. Jest zapatrzona w swoją mamę. Odziedziczyła po niej zamiłowanie do biologii. Po ojcu zdecydowanie i temperament. Wiecznie rozbiegana i ciągle zadająca skomplikowane pytania. Wszędzie jej pełno. Trochę ciekawska, a trochę wścibska. Ma jednak tak dużo uroku, że wszyscy mają do niej cierpliwość i ją uwielbiają. Jest ogromnie ambitna, wszędzie musi być pierwsza - także w szkole. Uczy się świetnie. Wiedzę zagarnia łakomie do siebie, co nie znaczy, że jest egoistką. Lubi jednak powiedzieć - to jest moje, to ja wymyśliłam. Często podkreśla swoje zasługi. Lubi być pępkiem świata, ale krótko trzymana przez rodziców, nie przesadza, hamuje swoje zapędy. Jak mówi - trenuje charakter. Jest nad wyraz przymilna, gdy przynosi do domu dziesiątą z rzędu biedną samotną mysz, albo kolejny nowy słoik z patyczakami. Zbiera wszystko, co się rusza. Rodzina nigdy nie wie z jakim owadem czy zwierzątkiem obudzi się w łóżku, albo na co nadepnie. W jej pokoju jest prawdziwy ogród. Hoduje wiele roślin, w tym próbuje eksperymentować z egzotycznymi kwitami, co jej nie za bardzo jej wychodzi. Podobnie jak jej mama prowadzi zielnik. Karolina waha się czy być botanikiem, czy weterynarzem. Skłania się jednak coraz bardziej ku leczeniu zwierząt - wtedy połączy zawód mamy ze swoim wielkim hobby. Rodzice próbują pohamować pasję córki. Obawiają się, że niedługo nie będzie dla nich miejsca. Nie udaje im się to. Ostatnio, gdy przeczytała artykuł o mikrobiologii, zaczęła interesować się biochemią.
KRYSTYNA CIEPLAK z d. WÓJTOWICZ (35 lat): Krystyna urodziła się w niecały rok po powrocie ojca z tułaczki - w 1964 roku, w Opatowie. Podobnie jak jej dwadzieścia lat starszy brat w ogóle się nim nie nacieszyła. Zmarnowany i wycieńczony latami głodu, pracą ponad siły i długą wędrówką zmarł, kiedy córka miała zaledwie kilka miesięcy. Krystyna od najmłodszych lat była małomówną, trochę skrytą, zahukaną dziewczynką, daleko odstającą ubraniem i zachowaniem od swoich rówieśniczek. Była też od koleżanek dużo poważniejsza. Musiała być też odpowiedzialna. Matka, biorąca każdą pracę, byleby utrzymać rodzinę, od małego zostawiała ją w domu. Siedmioletnia Krysia musiała sama sobie przygrzać obiad, pozmywać po nim , a także zadbać o naukę. Była prawdziwym skarbem matki. Z bratem widywała się rzadko. Gdy Antoni przyjeżdżał, bała się jego długiej czarnej sutanny i chowała za spódnicą matki. Uczyła się dobrze, ale bez specjalnych osiągnięć. Po maturze postanowiła zdawać na psychologię. Nie umiała odpowiedzieć na dociekliwe pytania matki, dlaczego wybrała właśnie ten kierunek. Wstydziła się przyznać, że jest po prostu modny, a jej i tak jest wszystko jedno. Bo tak naprawdę prawdziwym powodem pójścia na studia była chęć wyrwania się z ubogiego domu i spod surowej kurateli matki. Janina Wójtowiczowa przyjęła decyzję córki bez buntu, choć zdecydowanie wolała dla niej coś bardziej praktycznego - jakąś dwuletnią szkołę dla księgowych lub kosmetyczek. Nie miała poza tym siły na perswazje, była schorowana i coraz bardziej zmęczona życiem. Krystyna egzamin na psychologię oblała. Dowiedziała się jednak, że jest jeszcze dodatkowa rekrutacja na mało obleganą rusycystykę na UMCS. Poszła za ciosem i nie mówiąc nikomu słowa, przystąpiła do egzaminów. Udało się, nie musiała wracać do Opatowa. Jej matka umarła w końcu listopada 1983 roku, w dwa miesiące po rozpoczęciu przez Krysię studiów. Jej brat Antoni wspierał siostrę w miarę swoich możliwości. Na pierwszym roku podczas ćwiczeń Krystyna poznała dr Jana Cieplaka. Nie zrażona, że ma opinię podrywacza chętnie przyjęła propozycję randki. Po paru miesiącach była już jego żoną. Na jej prośbę wzięli ślub kościelny. Niebawem Jan otrzymał propozycję objęcia posady dyrektora Instytutu Rusycystyki, ale postawiono mu warunek - ma wstąpić do partii. Jan po pewnych wahaniach, zdecydował się na karierę. Od tego czasu niechętnie spoglądał na kontakty jego żony z bratem - księdzem. Barbara, dla dobra swojego małżeństwa, znacznie ograniczyła z nim kontakty. Niewiele to pomogło. Jej męża coraz częściej nie było całymi dniami w domu. Krystyna podejrzewała, że musi się coś za tym kryć. Na tym tle mieli już za sobą parę poważnych kłótni. Po skończeniu studiów Krystyna podjęła pracę w lubelskim liceum. Straciła ją w 93 roku, bo nikt nie chciał uczyć się rosyjskiego. Czuła się niepotrzebna i coraz bardziej lekceważona przez męża. Myśląc, że go odzyska, zdecydowała się na dziecko. W 1994 urodziła Kasię. Jednak docent Cieplak nie nadawał się na ojca. Coraz częściej przebywał poza domem. W końcu doszło do awantury i ostrej wymiany zdań na temat licznych kochanek Jana. Skończyła się ona rękoczynami. Jan nie tylko uderzył żonę, ale także stającą w jej obronie Kasię. Krystyna opuściła męża. Wyjechała do Tulczyna szukać pomocy u brata. Chciała zacząć wszystko od nowa. Krystyna jest ładną kobietą. Nie zawsze można to dostrzec już na pierwszy rzut oka. Na jej twarz pojawia się czasem wyraz zaciętości i rozgoryczenia. Nie lubi mężczyzn, często pozwala sobie wobec nich na uszczypliwość i ironię. Stara się być dzielna, samodzielna i aktywna. Rzadko liczy się ze zdaniem innych. Swoją córkę Kasię obdarza nadmierną troskliwością.
ANGELIKA (ANIELA) TRACZ z d. BURASÓWNA (28 lat) i JANUSZ TRACZ (31 lat): Urodzony w 1968 roku w Tulczynie. Od dzieciństwa rozpieszczany i otaczany luksusem, o jakim nawet nie śniło się miejscowym dzieciom. Powoli wzrastało w nim uczucie, że jest pępkiem świata. Zawdzięczał to swojej matce, bo ojciec chował go raczej surowo. Kiedy poślubił Angelikę, Miss Hrubieszowa i II wice-miss ziemi lubelskiej, otrzymał od ojca w prezencie ślubnym nieduży dom i jedyną restaurację w Tulczynie. Ojciec chciał sprawdzić, czy syn będzie umiał utrzymać i rozwinąć ten interes. Janusz na cześć swej żony nadał restauracji nazwę "Angelika". Knajpka stała się natychmiast przykrywką dla szybkich, podejrzanych i prowadzonych z dużą bezwzględnością interesów młodego Tracza. Angelika urodziła się w 1971 roku w Hrubieszowie. Po swojej matce, woźnej w szkole podstawowej, odziedziczyła niebanalną urodę. Dzięki niej i swoistej inteligencji połączonej z tupetem, zdobyła swojego "księcia z bajki". Obdarzona dużym temperamentem, szybko zaczęła się nudzić w zbudowanej przez męża "złotej klatce". Pochłonięty interesami Janusz coraz bardziej ją zaniedbuje, a poza tym... no cóż, wybory Miss są co roku.
Dr JAKUB BLUMENTAL (73 lata): Jakub urodził się w Krakowie w 1926. Pochodzi z inteligenckiej rodziny. W 1952 roku otrzymał dyplom lekarza. W tym samym roku powołano go do wojska. Natychmiast otrzymał nakaz pracy w więziennym szpitalu w Krakowie. Po 1956 roku Jakubowi udało się zrzucić mundur. Nie chciał już mieszkać w Krakowie. Ponieważ w dalekim Zamościu potrzebowano lekarza internisty, Blumental szybko podjął decyzję o przeniesieniu. W 1974 roku Jakub otrzymał propozycję objęcia Ośrodka Zdrowia w Tulczynie. Po kilku latach zdecydował się z żoną zostać tu na zawsze. Kupił kawałek ziemi przy lesie i wybudował na niej dom. Jakub szybko zdobył sobie uznanie i szacunek miejscowej społeczności. Doktora kochano dosłownie za wszystko - za to, że potrafił wyrwany w nocy ze snu bez szemrania przyjąć poród, jechać kilkanaście kilometrów po wertepach, czy przedzierać się przez śnieg, by komuś pomóc. Często nie brał za to pieniędzy, a jeśli już to symbolicznie - za benzynę. W latach osiemdziesiątych pomagał proboszczowi przy rozdziale darów z zagranicy. Wiele transportów z pomocą dotarło do Tulczyna dzięki jego zagranicznym kontaktom.

Ekipa

Nagrody filmowe

Varia

PLEBANIA w innych naszych bazach

PLEBANIA w internecie

1

Na tulczyńskiej plebani odbywają się przygotowania do ślubu Rafała i Ewy, która jest wnuczką Józefiny, gospodyni proboszcza. Dziewczyna w asyście matki i krawcowej mierzy suknię ślubną, jej ojciec Zbigniew umawia muzykantów, Józefina piecze weselny tort dla młodych. Panuje atmosfera radosnego wyczekiwania na upragniony ślub. Tylko matka Ewy, Halina, cały czas jest zdenerwowana, martwi się o przyszłość córki. Ewa pociesza ją mówiąc, że na pewno będzie bardzo szczęśliwa z Rafałem. Do Tulczyna przyjeżdża ksiądz Adam, powołany na stanowisko wikarego w tutejszej parafii. Nie znając nikogo w miasteczku swoje pierwsze kroki kieruje do miejscowego baru "Angelika". Właścicielem kawiarni, Janusz Tracz, miejscowym bezwzględnym biznesmenem, atakuje tam Adama. Dochodzi do bójki między mężczyznami. Bijatykę przerywa dopiero komendant miejscowego posterunku Piotr. Policjant zatrzymuje młodego wikarego za zdemolowanie restauracji i zabiera go na posterunek. W odpowiedzi na postawione mu zarzuty Adam pokazuje pismo o przeniesieniu do tulczyńskiej parafii na stanowisko wikarego. Zaskoczony Piotr przeprasza go za całą sytuację i odwozi na plebanię, gdzie przedstawia Adama zgromadzonym w kuchni domownikom. Młody wikary z podbitym w bójce okiem i krwawiącym nosem wygląda tak komicznie, że Ewa natychmiast zaczyna się śmiać, Józefina zaś nie może uwierzyć że Adam to "sługa Boży". Na plebani niespodziewanie pojawia się Iza. Dziewczyna widzi jak Rafał i Ewa żegnają się czule przed plebanią. Kiedy chłopak odjeżdża, Iza próbuje go zatrzymać, jednak Rafał jest już za daleko. Okazuje się, że Iza przyjechała aby porozmawiać z proboszczem. Jest wyraźnie zmieszana i smutna. Wreszcie wyznaje, że chodzi jej o ślub Rafała i Ewy. Proboszcz mówi, że będzie go udzielał już za dwa dni. Dziewczyna dramatycznie błaga księdza by nie dawał im ślubu. Proboszcz jest zupełnie zaskoczony, pyta o powód. Iza długo milczy, wreszcie wyjawia proboszczowi, że jest w ciąży a ojcem jej dziecka jest Rafał.

Ekipa

2

Proboszcz informuje Rafała o odwiedzinach Izy i o tym, że dziewczyna jest w ciąży. Zrozpaczony chłopak nie może w to uwierzyć. Ksiądz namawia go, żeby powiedział Ewie o zdradzie i dziecku. Rafał nie wie co robić, mówi że dziewczyna będzie załamana. Adam dzieli się z proboszczem swoimi pierwszymi wrażeniami z pobytu w Tulczynie, zaznaczając jak bardzo miasteczko różni się od warszawskiej Pragi gdzie ostatnio pracował z trudną młodzieżą. Proboszcz karci duchownego za bójkę z Traczem, mówiąc że wikary dostanie jeszcze jedną szansę. Ksiądz pokazuje wikaremu parafialne księgi, których prowadzeniem ma się zająć. Adam jest rozżalony, porównuje swoje zadania do zadań sekretarki, mówi że chciałby działać wśród ludzi. Nie zważając na protesty wikarego, proboszcz tłumaczy mu, jak wielu rzeczy o ludziach i historii okolicy dowiedzieć się można z parafialnych ksiąg. Podczas spaceru w ogrodzie Ewa wspomina z Rafałem pierwsze chwile miłości. Dziewczyna jest szczęśliwa z powodu zbliżającego się ślubu. Radosny nastrój nie udziela się Rafałowi. Wyraźnie spięty chłopak pyta Ewę czy go jeszcze kocha. Dziewczyna z niepokojem wypytuje ukochanego czy co się stało. Chłopak długo nie odpowiada, wreszcie wyznaje, że ją zdradził, zaś Iza będzie matką jego dziecka. Ewa jest wstrząśnięta. Rafał błaga ją by go nie odrzucała. Ewa mówi, że nie może wziąć z nim ślubu, bo przecież dziecko jego i Izy też ma prawo do szczęścia. Rafał chce objąć Ewę lecz ona szlochając ucieka od niego. Do kancelarii przychodzi Angelika. Zdziwiony wikary pyta o powód wizyty. Kobieta prosi by ksiądz ją wyspowiadał. Zwierza się wikaremu z zamiarów swojego męża. Mówi, że Janusz zrobi wszystko aby zdobyć ziemię na której mieszka Marcelina. Adam nie rozumie o co chodzi. Wreszcie Angelika wyznaje, że Janusz jest gotów spalić dom staruszki. Prosi Adama by ją ocalił Załamana Ewa wbiega do domu. Zdziwiona jej zachowaniem Halina postanawia porozmawiać z córką. Ewa wyznaje matce, że Rafał będzie miał dziecko z inną dziewczyną. Zrozpaczona Halina oświadcza domownikom że nie będzie żadnego ślubu.

Ekipa

3

Proboszcz opowiada Adamowi o mieszkańcach plebani, ich losach i bliskich. Wikary słucha uważnie, lecz widać, że myśli zupełnie o czymś innym. Wreszcie zwierza się proboszczowi ze swoich wątpliwości co do tajemnicy spowiedzi. Mówi, że chodzi o uratowanie czyjegoś życie. Ewa informuje matkę, że postanowiła rzucić pracę w banku. Mówi, ż nie może wrócić do pracy bo teraz wszyscy plotkują o jej rozstaniu z Rafałem. Halina jest załamana decyzją córki. Bezskuteczne próbuje namówić Ewę aby przemyślała wszystko jeszcze raz, dziewczyna mówi jednak, że jej decyzja jest ostateczna Do Tulczyna przyjeżdża Boruń, Ukrainiec robiący interesy z Traczem. Komendant miejscowego posterunku Piotr jest zaniepokojony jego wizytą. Boi się, że z odwiedzin Borunia mogą być tylko kłopoty. Aspirant Józek uważa, że Tracz to jedyny poważny biznesmen w okolicy i jak na razie nie ma dowodów jego przestępczej działalności. Piotr zapowiada, że kiedyś bezkarność Tracza się skończy Halina rozmawia ze Zbigniewem o przyszłości córki. Mówi, że powinien porozmawiać z Ewą. Zbigniew twierdzi, że córka jest już dojrzała i sama musi ułożyć sobie życie. Halina nie zgadza się z mężem. Zarzuca Zbigniewowi, że jest życiowym nieudacznikiem Adam rozmawia z Józefiną o mieszkańcach plebani. Nagle zaczyna wypytywać kobietę o Marcelinę, o której mówiła mu w czasie spowiedzi Angelika. Józefina opowiada wikaremu historię Marceliny i jej męża. W pewnym momencie Adam zaczyna pytać o Tracza. Wyraźnie zdziwiona tym Józefina oświadcza, że ona o ludziach mówi tylko dobre rzeczy. W czasie rozmowy w domu Tracza, Janusz zwierza się Boruniowi z problemów z Marceliną i zapewnia go, że za kilka dni będzie wreszcie miał czego chce. Angelika jest wyraźnie zaniepokojona wyznaniem męża. W czasie rozmowy w ogrodzie proboszcz stara się podnieść na duchu Ewę. Dziewczyna jest załamana, mówi że nigdy już nikogo tak nie pokocha Do domu komendanta Piotra wbiega aspirant Józek, mówiąc że pali się chałupa starej Marceliny.

Ekipa

4

Komendant policji Piotr wchodzi do gabinetu żony, Barbary - lekarki w Ośrodku Zdrowia. Chce się dowiedzieć czy Marcelina wyzdrowieje. Barbara uspokaja męża mówiąc, że staruszka miała dużo szczęścia, wreszcie pyta Piotra czy ktoś rzeczywiście mógł podpalić chałupę Marceliny. Komendant stwierdza, że jego zdaniem mógł to zrobić tylko Tracz. Na pytanie Barbary czy go aresztuje, zirytowany Piotr mówi, że nie ma żadnych dowodów więc prawdopodobnie trzeba będzie umorzyć śledztwo. Na plebanii wszyscy komentują pożar u Marceliny. Halina sądzi, że staruszka powinna być bardziej ostrożna. Adam dzieli się z domownikami swoim podejrzeniem, że ktoś podpalił dom Marceliny. W kuchni zapada cisza, wszyscy są zdumieni stwierdzeniem wikarego. Halina przychodzi do proboszcza, żeby porozmawiać o Ewie. Jest zrozpaczona, twierdzi że Rafał mógł narzeczonej niczego nie mówić. Ksiądz przyznaje się, że sam namówił chłopaka, aby wyznał Ewie wszystko. Halina nie może w to wprost uwierzyć i pyta proboszcza dlaczego to zrobił. Ksiądz tłumaczy kobiecie, że przecież nikt nie byłby szczęśliwy, gdyby Rafał ożenił się z Ewą, mimo że będzie miał dziecko z Izą. Rozżalona Halina twierdzi, że Ewa niesłusznie cierpi Do gabinetu Barbary przychodzi Romuś. Mówi, że coś mu dolega i jednocześnie pyta o zdrowie Marceliny. Kiedy dowiaduje się, że staruszka poparzyła sobie obie ręce zaczyna płakać i wybiega z gabinetu Do domu Tracza przychodzi Adam. Chce z nim porozmawiać na temat pożaru u Marceliny. Janusz pyta wikarego czy podejrzewa go o podpalenie chałupy. Adam stwierdza chłodno, że Janusz miał powód żeby to zrobić. Tracz przychodzi do kancelarii na plebanię. Wręcza proboszczowi osiem tysięcy, kolejną ratę datku na fresk w kościele. Jednocześnie stawia księdzu warunek: albo wikary przestanie go nachodzić, albo proboszcz nie dostanie nigdy już żadnych pieniędzy Do domu Piotra i Barbary przychodzi Romuś. Wyznaje, że to on podpalił dom Marceliny.

Ekipa

5

W kancelarii ksiądz Antoni przelicza banknoty otrzymane od Janusza. Adam z wyrzutem twierdzi, że Tracz daje pieniądze również po to, żeby proboszcz trzymał swojego wikarego z dala od niego. Zirytowany ksiądz Antoni mówi, że pozory mogą czasem mylić i pyta Adama czy zdaje sobie sprawę z wagi zarzutów jakie stawia Januszowi. Wikary postanawia, że udowodni winę Tracza. Na posterunku komendant Piotr przesłuchuje Romusia. Pyta chłopaka dlaczego podpalił szopę Marceliny. Romuś nie może znaleźć odpowiedzi, wreszcie wyznaje, że dostał od kogoś skórzaną kurtkę, za to żeby podpalił Marcelinę. Piotr pyta kto to był, jednak Romuś stwierdza, że nie zna tego człowieka. Piotr jest wyraźnie zawiedzony. Do proboszcza przychodzi załamana matka Romusia, Borosiukowa. Błaga księdza, żeby pomógł jej odzyskać syna, którego aresztowała policja. Proboszcz obiecuje kobiecie, że porozmawia z komendantem. W czasie rozmowy z matką, Haliną i babcią, Józefiną, Ewa mówi, że musi wreszcie podjąć jakąś decyzję. Dziewczyna decyduje się na powrót do Hrubielowa. Proboszcz przychodzi do komisariatu. Mówi komendantowi, że chciałby wyspowiadać Romusia. Wreszcie pyta Piotra czy według niego chłopak jest winny. Piotr długo nie odpowiada. Wreszcie przyznaje, że na podpaleniu Marceliny mogło zależeć tylko Traczowi. W czasie kolacji w domu Piotra i Barbary ich syn, Mateusz, stwierdza, że jego zdaniem tacy jak Romuś nie powinni chodzić wśród innych ludzi. Zirytowany Piotr gwałtownie wstaje od stołu i wychodzi z pokoju. Na plebanię przychodzi Angelika. W czasie rozmowy proboszcz wręcza jej pieniądze, które dostał od Tracza mówiąc że nie może ich przyjąć. Adam jest pod wrażeniem gestu proboszcza. Rozżalony Piotr zwierza się żonie ze swoich problemów. Ma świadomość, że aresztował nie tego kogo powinien. Mówi, że jest złym policjantem i złym człowiekiem. Barbara bezskutecznie próbuje go pocieszyć Na plebanię niespodziewanie przybywa siostra proboszcza, Krystyna z córką Kasią. Zdziwionego brata informuje, że właśnie uciekła od męża.

Ekipa

Varia

6

Krystyna zwierza się proboszczowi ze swoich problemów. Nie ma dokąd pójść, nie wie co robić. Brat pociesza ją, mając nadzieję że wszystko się ułoży. Pyta siostrę jak układają się jej spawy z mężem. Krystyna stwierdza, że czasami lepiej nie wiedzieć o pewnych sprawach. Proboszcz jest zaniepokojony jej zachowaniem. Do gabinetu Barbary przychodzi matka Romusia, Borosiukowa. Prosi lekarkę, żeby ta wstawiła się u męża za jej synem. Podczas rozmowy proboszcza z siostrą do kancelarii wpada Józefina. Mówi, że córeczka Krystyny, Kasia, jest chyba chora, bo nic nie chce jeść. Krystyna gwałtownie zrywa się z miejsca i biegnie do kuchni. Pyta córkę czy coś się stało. Dziewczynka odpowiada, że po prostu nie jest głodna. Krystyna dostrzega wędliny, które podano małej. Wrzeszczy, że mięso mogło otruć jej córeczkę i ona sama zajmie się Kasią. Domownicy są wyraźnie zaskoczeni histeryczną reakcją kobiety. Do parafialnej kancelarii przychodzi Marcelina. Mówi, że znalazła rano przy domu osiem tysięcy złotych. Proboszcz i Adam są bardzo zaskoczeni. Kobieta pyta księdza co zrobić z pieniędzmi. Proboszcz radzi staruszce odłożyć je na czarną godzinę. Po wyjściu Marceliny zdumiony proboszcz dzwoni do Janusza. Janusz rozmawia z Proboszczem o pieniądzach. Mówi Angelice o telefonie księdza. Żona pyta czy chodzi o osiem tysięcy. Zdziwiony Janusz pyta skąd wie ile dał Proboszczowi. Angelika odpowiada, że rozmawiał z nią o tym. Tracz stwierdza, że czasem powinien mówić mniej i pyta żonę, czy mogłaby go zdradzić. Angelika zaprzecza. Adam mówi proboszczowi, że to Angelika podrzuciła Marcelinie pieniądze. Ksiądz nie może w to uwierzyć. W tym momencie do kancelarii wchodzi Angelika. Proboszcz pyta ją dlaczego podrzuciła pieniądze Marcelinie. Kobieta stwierdza, że przejęła się losem staruszki. Zwierza się księdzu z obaw przed gniewem Janusza. Proboszcz i Adam starają się ją pocieszyć Na plebanię przyjeżdża mąż Krystyny Jan Cieplak. Chce zabrać rodzinę. Ksiądz mówi, że należałoby zapytać o zdanie Krystynę. Cieplak nieprzyjemnie oznajmia, że żona uciekła z zakładu psychiatrycznego. Wstrząśnięty proboszcz nie może w to uwierzyć.

Ekipa

7

W rozmowie z Krystyną ksiądz Antoni zastanawia się nad tym co o jej chorobie psychicznej mówił doktor Cieplak. Załamana Krystyna mówi, że miała nadzieje iż znajdzie u brata pomoc. Proboszcz próbuje namówić siostrę do powrotu do rodziny. Krystyna stwierdza, że ma tylko córkę, a Kasia tak naprawdę ma tylko ją. W rozmowie z Barbarą, Cieplak próbuje zrobić wrażenie dobrego i kochającego męża i ojca. Chwali się tym w jaki sposób wychowuje Kasię i niemal płacząc zapewnia o swojej wielkiej miłości do żony i córki. W czasie rozmowy mężczyzna sprawdza czy ma fiolkę z lekarstwem dla żony. Barbara uważnie przygląda się nazwie leku. Proboszcz namawia Krystynę, żeby nie rezygnowała z małżeństwa. Kobieta nie daje się jednak przekonać. W napadzie rozpaczy mówi, że czuje się tak jakby straciła brata. W tym momencie do kancelarii wchodzi uśmiechnięty Cieplak. Proboszcz pyta go czy musiał umieścić żonę w szpitalu. Mimo zapewnień mężczyzny, ksiądz Antoni ma coraz więcej wątpliwości co do jego intencji. Cieplak tłumaczy żonie, że wszystko to robi dla jej dobra. Krystyna nie wytrzymuje tonu męża i wpada w histerię. Zaniepokojony Proboszcz dzwoni do doktora Blumentala. Blumental przynosi Barbarze księgę leków. Lekarka zaczyna szukać w niej Estrocopizyrianu. Wyjaśnia doktorowi, że ten właśnie lek widziała u Cieplaka, który podaje go żonie. Blumental stwierdza, że jest to bardzo niebezpieczne - to lekarstwo można stosować jedynie pod ścisłą kontrolą. Karolina, córka Barbary i Piotra, i Kasia, córeczka Krystyny i Cieplaka, planują w czasie śniadania wspólne zabawy. Karolina odkrywa przed dziewczynką "tajemnice" kościoła. Kasia jest wszystkim zaciekawiona i szczęśliwa. Nagle ktoś wchodzi do kościoła. Obie chowają się pod ławką. Słychać głoś Cieplaka, który szuka córki. Kasia nieśmiało wychodzi z ukrycia. Blumental bada Krystynę. Mówi proboszczowi, że jego siostra musi wrócić do szpitala, bo zgodziła się na leczenie. Wątpi jednak, że to rozwiąże wszystkie problemy. Do salonu wchodzi Cieplak z Kasią. Zapewnia wszystkich, że żona będzie w dobrych rękach. Mężczyzna dziękuje proboszczowi za opiekę nad Krystyną i Kasią. Tłumaczy córce, że mama musi wracać do szpitala. Widząc rozpacz Kasi i siostry, Proboszcz proponuje im żeby zostały na plebanii. Cieplak z niedowierzaniem patrzy na księdza Antoniego.

Ekipa

8

Krystyna dziękuje bratu za to, że przygarnął ją i Kasię. Mówi, że teraz czuje się wolna i może wreszcie coś ze sobą zrobić. Po tych słowach wychodzi z kancelarii. Proboszcz zamyśla się. W czasie przygotowań do obiadu Halina stwierdza, że jej zdaniem Krystyna nie powinna mieszkać na plebanii. Józefina i Zbigniew są zaskoczeni jej postawą. Do kancelarii i przychodzi Wojdyłło, artysta zajmujący się malowaniem fresku w kościele w Honiatyczach. Proboszcz przedstawia mu Adama, mówiąc, że sprawami finansowymi będzie się teraz zajmował wikary. Młody ksiądz nie wiedząc co zrobić, tłumaczy wzburzonemu artyście, że nie ma pieniędzy ponieważ darczyńca - Janusz Tracz w ostatnim momencie zrezygnował z ofiarowania pieniędzy. Blumental namawia proboszcza, aby dał siostrze jakieś zajęcie. Mówi, że bezczynność może być bardzo niebezpieczna dla Krystyny. Mówi, że kobieta musi czuć się potrzebna, to pomoże jej odzyskać równowagę Adam relacjonuje proboszczowi spotkanie z Wojdyłło. Ksiądz Antoni zwierza się wikaremu z problemów z Krystyną. Mówi , że musi znaleźć siostrze jakieś zajęcie. Adam ma pomysł jak pomóc księdzu Antoniemu. Wojdyłło odwiedza Tracza. Przedstawia się jako wybitny artysta i prosi Janusza o datek w wysokości ośmiu tysięcy. Słysząc to spłoszona Angelika patrzy na artystę z nagłym zainteresowaniem. Tracz nie może zrozumieć dlaczego Wojdyłło przyszedł do niego po pieniądze. Malarz mówi, że wedle słów wikarego Tracz w ostatniej chwili zrezygnował z darowizny. Wściekły Janusz dzwoni na plebanię do księdza Antoniego. Angelika przyznaje się, że to ona wzięła pieniądze. Januszowi nie może się to pomieścić w głowie. Proboszcz kartkuje jedną z kilku leżących przed nim ksiąg. Do kancelarii wchodzi Krystyna z Kasią. Ksiądz Antoni prosi siostrę o pomoc. Mówi, że dostał upomnienie z Kurii ponieważ nie zrobił odpisów z kilku ksiąg. Krystyna natychmiast oferuje swoją pomoc. Proboszcz jest jej niezwykle wdzięczny Janusz nie może uwierzyć, że Angelika wzięła pieniądze. Kobieta wyznaje, że oddała pieniądze Marcelinie. Wściekły Tracz rzuca się na żonę. Chce ją uderzyć, lecz w ostatniej chwili rozmyśla się, mówiąc, że nie niszczy rzeczy, które do niego należą. Złowieszczym tonem oświadcza Angelice, że czeka ją coś znacznie gorszego.

Ekipa

9

Janusz przypomina Angelice, że jest mu winna osiem tysięcy złotych, które bez jego zgody ofiarowała Marcelinie. Kobieta mówi, że może pracować jednak Janusz kategorycznie się nie zgadza. Mówi że są stworzeni do wyższych celów. Po chwili wzywa gosposię Marylę i oświadcza jej, że od dziś Angelika ma robić wszystko co tylko Maryla jej rozkaże. Barbara próbuje porozmawiać z mężem na temat Romusia. Policjant mówi, że nie ma czasu ponieważ musi pojechać do prokuratury aby złożyć zeznanie w sprawie chłopaka. Tymczasem na posterunek przychodzi Borosiukowa. Józek mówi, że Piotr pojechał już do prokuratora, który wezwał go w sprawie jej syna. Kobieta jest załamana Na plebanii Halina żali się matce, że na jej męża, Zbigniewa, nigdy nie można liczyć, kiedy jest potrzebny. Okazuje się, że w ogrodzie Zbigniew majstruje coś dla Kasi. Barbara opatruje Marcelinę w swoim gabinecie. Kobiety zaczynają rozmaić o Romusiu. W tym momencie do gabinetu wchodzi matka chłopaka, Borosiukowa. Jest zaskoczona obecnością Marceliny, jednak po chwili zaczyna ją przepraszać. Staruszka mówi, że będzie się modlić za chłopaka. Maryla chce pomóc Angelice, ta jednak stanowczo odmawia. Żali się gosposi, że tak naprawdę obie są w bardzo podobnej sytuacji. Zbigniew daje Kasi stary rowerek. Dziewczynka nie jest nim zachwycona, lecz Zbigniew mówi, że to rower tylko dla wybranych. Kasia natychmiast pyta wujka czy może na nim jeździć. Całą scenę obserwuje z niechęcią Halina, która w końcu woła Zbigniewa. Zarzuca mężowi, że chętnie pomaga innym a dla niej zupełnie nie ma czasu. Zdenerwowany mężczyzna stwierdza, że jemu też należy się trochę szacunku. Angelika kończy sprzątanie i zmęczona na chwilę przysiada. W tym momencie pojawia się Janusz. Robi Maryli potworną awanturę, że pozwoliła żonie odpocząć. Grozi Maryli grozi, że ją zwolni. Angelika staje w obronie dziewczyny. Między Józefiną i Haliną dochodzi do sprzeczki na temat Romusia. Gospodyni uważa, że chłopak jest niewinny, jej córka zaś, że musi ponieś zasłużoną karę Borusiukowa w czasie rozmowy z proboszczem pyta czy Romuś musi tak cierpieć. Ksiądz pociesza kobietę, mówiąc że jego zdaniem chłopak naprawdę odpokutował już swoje grzech. Po rozmowie z proboszczem, Borosiukowa wychodzi z plebanii. W tym momencie podjeżdża policyjny samochód z którego wysiada Piotr. Nic nie mówiąc otwiera drzwi Poloneza, z którego wysiada Romuś. Matka i syn padają sobie w ramiona. [STI]

Ekipa

10

W gabinecie lekarskim Grzybowa zwierza się Barbarze ze swoich obaw. Mówi, że boi się zasnąć po tym jak mąż Barbary, komendant Piotr przywiózł z powrotem do Tulczyna Romusia - wariata i podpalacza. W tym momencie do gabinetu wchodzi chłopak z matką. Grzybowa ostentacyjnie mija ich w drzwiach. Borosiukowa dziękuje lekarce za pomoc w odzyskaniu syna. Adam odwiedza Ewę w jej hrubielowskim mieszkaniu. W czasie rozmowy z dziewczyną wikary stara się ją pocieszyć. Mówi, że nie może się załamywać, przecież całe życie jeszcze przed nią. Ewa jednak uważa, że jej życie jest zupełnie puste. Mówi, że nie może znaleźć pracy i nie będzie miała z czego zapłacić czynszu Adam przekonuje ją, że nie może się poddać, musi walczyć i odbić się od dna. Proboszcz oddaje Romusiowi kolekcję kapsli, którą przechowywał do powrotu chłopaka. Ksiądz cieszy się z powrotu Romusia, mówi że Marcelina już mu wybaczyła. Chłopak uważa jednak, że nie odpokutował jeszcze winy. Proboszcz proponuje, żeby Romuś ofiarował Marcelinie coś co jest mu szczególnie bliskie. Ewę odwiedza Sławek - jej kolega za banku. Dziewczyna jest zdziwiona jego wizytą. Chłopak mówi, że wszyscy w banku bardzo żałują jej odejścia. Ewa uważa, że Sławek próbuje ją oczarować. Dziewczyna prosi by mówił wszystkim, że u niej wszystko w porządku. Zwierza się chłopakowi z problemów z mieszkaniem. Chłopak mówi, że jego siostra wynajmie Ewie pokój za niewielkie pieniądze. Ewa jest zdumiona tą propozycją. Chłopak tłumaczy, że jego siostrze nie najlepiej się powodzi i potrzebuje pieniędzy. Adam wraca na plebanię. Pracujące przy kolacji Józefina i Halina wypytują go o Ewę. Wikary pociesz je mówiąc, że na pewno wszystko się ułoży. Do kuchni wbiega Marcelina. Mówi proboszczowi, że ktoś zniszczył jej woto. Ksiądz, staruszka, Zbigniew i Kasia wychodzą do kościoła. W świątyni Marcelina pokazuje swoje drzewko obwieszone kapslami. Zbigniew zaczyna odrywać kapsle. Proboszcz powstrzymuje go mówiąc, że nic się nie stało. Tłumaczy Marcelinie, że to Romuś ofiarował jej to co miał najcenniejszego. Ksiądz mówi, że chłopak postąpił tak jak to napisano w Ewangelii. Marcelina nie jest do końca przekonana, jednak inaczej patrzy na drzewko Sławek odwiedza swoją siostrę Annę. Dziewczyna pyta brata o powód wizyta. Chłopak mówi, że znalazł jej współlokatorkę. Anna chce zaprotestować, nie może zrozumieć dlaczego brat prosi ją o taką przysługę lecz chłopak prosi, by go wysłuchała. Sławek nie wie co powiedzieć, w końcu ponaglany przez Annę wyznaję, że kocha Ewę. [STI]

Ekipa

Wersja do druku

Strona 1 z 146 Następna strona »